Oto słodko-gorzka (auto)ironiczna groteska o nas, podróżujących po wyspie Sycylia (ale nie tylko). Inspirowana odwieczną wojną czyj styl podróżowania i poznawania Sycylii jest najlepszy. Inspirowana rzeką hejtu, łzami krzywdy, żalu i frustracji. Za wszelkie niesprawiedliwości z góry przepraszam: jadem starałam się obdzielić wszystkich po równo. Kto uważa dostał mniej uszczypliwości niż reszta, proszę dać znać, a zrobię więcej beki. Nie dlatego, by udowodnić, że jestem cacy, a inni nie. Chciałam pokazać, że wszystko można wyśmiać, każdego zmieszać z błotem używając “argumentów” poniżej pasa, co często ma miejsce. Praca nam tym wpisem była dla mnie dziwnym doświadczeniem. Wszyscy jesteśmy wariatami, ale wgryzienie się w pewne patologie naszych czasów przyprawiło mnie o globalne przygnębienie. Zobaczycie, że wszystkimi nami powodują w gruncie rzeczy te same pobudki. Grunt to dystans, do siebie przede wszystkim. Zatem dziś “nie będzie kabaretu, będzie chór!”.

Sycylia: wczasowicze

Na wypasie. Zazwyczaj dwutygodniowe turnusy w hotelu, na których historia, kultura i sztuka Sycylii są jak yeti – wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt jeszcze nie widział, a naszym jedynym zmartwieniem jest czy uśmiechnięty barman pod krawatem zdąży donieść drinka z parasolką nim ciała zanurzymy w kolejnym basenie.

sycylia
Po co wychodzić z terenu hotelu? Wulkan zobaczyć? Łe, taki sam był na Teneryfie. Hotel Vulcano Blu Residence na wyspie Vulcano. I nie, nie czerpię żadnych zysków z reklamy! Po kliknięciu na obrazek wpis o Vulcanello.

Sycylia: plażowicze-przemytnicy

To dzięki nam co raz internet obiegają mrożące krew w żyłach artykuły jakoby samorząd Sycylii wydał kategoryczny zakaz wynoszenia kamieni z plaż. A w prasie brukowej krążą zdjęcia walizek ze konfiskowanymi otoczakami, piaskiem w butelkach po Coli i naszymi twarzami niedoszłych przemytników z czarnym prostokątem na oczach.

sycylia
Czy ta pani chce wynieść ten kamień? Latarnia morska na Salinie. Kliknij w link, a reklama się pokaże!!! Żart. Tylko odnośnik do wpisu o plażach Saliny.

Sycylia: botanicy-szmuglerzy

Od plażowiczów różnimy się tylko rodzajem przewożonych towarów. Jedyny aspekt Sycylii, który jest w stanie zrobić na nas jakiekolwiek wrażenie to egzotyczna roślinność. Potrafimy w warunkach surowej polskiej zimy wykiełkować nasionko palisandru ukradzione z ogrodu botanicznego, a parapety naszych M2 uginają się pod ciężarem doniczek z “paznokciami czarownicy” z rezerwatu przyrody.

sycylia
Ostatni Mohikanin. Korpobrat, którego nie zdążyli jeszcze wyrwać szmuglerzy rzadkich okazów.

Sycylia: citybreakowcy

Co z angielska tłumaczy się… no właśnie? „Przerwa w mieście”? Panuje zasada im więcej w krótszym czasie, tym lepiej: „Trzy stolice prowincji Palermo, Katania, Syrakuzy w trzy dni”. Samodzielnie lub z agencją turystyczną. W kwestii tłumaczenia idziemy raczej w stronę „łamać”, bo umówmy się, o wypadzie okołoweekendowym z pracy i ładowaniu akumulatorów na Sycylii w trzech największych miastach w tym samym czasie mowy być raczej nie może. Kto kogo szybciej złamie: my Palermo czy ono nas tracąc portfel w metropolitanie? My Katanię czy ona nas swym wszechogarniającym chaosem miejsko-informacyjno-transportowym, który sprawia, że wycieczka mpk na Wybrzeże Cyklopów staje się eskapadą na cały dzień? W końcu my Syrakuzy czy one nas? „O której zamykają Park Archeologiczny? – pada pytanie z nutą zmartwienia wyczuwaną w tonie głosu naszego interlokutora wymówione w 45 minucie stania w korku przejechawszy raptem dwa przystanki. Łeb po prostu pęka, nie wiadomo czy od klaksonów vesp, jazgotu sycylijskiej mammy opowiadającej przez komórkę co będzie na obiad czy to skutek ostrego clubbingu the night before.

Sycylia: objazdowicze

Autokarowe objazdówki z dolotem do Palermo czy Katanii, gdzie za ciężką kasę wpłacaną biuru podróży jedziemy 300 km, żeby na godzinę wysiąść na środku pola, rzucić okiem na mozaiki rzymskiej willi po czym z powrotem zapakować się w autobus by dalej zaprzyjaźniać się z oparciem siedzenia przez kolejne 300 km. Kładąc lagę na pani rezydent-przewodnik, która już szóstą godzinę nawija o wpływie okupacji arabskiej na współczesną wyspę. Ile można?! Gdy akurat trafi nam się miasto na trasie nie daj Bóg, z zimnym sercem olewamy lokalnego guida, który błagalnym wzrokiem kota ze “Szreka” stara się nas namówić na św. Łucję składaną do grobu Caravaggia w kościele o tu o. Wieczorkiem pyrgamy walizką o ścianę przypadkowego hotelu w przypadkowej mieścinie i rzucamy umęczone członki na łóżko. Między jawą a snem kołaczą się upiorne myśli o jutrzejszym mdlącym włoskim śniadaniu na słodko, paście na obiadokolację i kolejnej dolinie świątyń do zwiedzenia. Sen nie przynosi ukojenia. Klimatyzację szlag trafił.

sycylia
Ahoj, jesteśmy tam na dole przy świątyni!!! A ta, i inne, to nasza zmora, nas objazdowiczów. Pod obrazkiem wpis dotyczący m.in. tego, co warto zobaczyć w Segeście.

Sycylia: roadtripowcy, caravaningowcy

Nieodparcie kojarzące się z Ameryką roadtripy, na których podejmujemy wyzwanie objechania największej wyspy Morza Śródziemnego w przeciągu zaledwie tygodnia licząc na to, że „ochędożymy” jakoś tą Sycylię raz a dobrze i zorientujemy się ewentualnie wstępnie co do przyszłych roadtripów. Wiecznie narzekamy, że nam znowu Hertz obciążył kartę kwotą sięgająca niebios i nadal nie kumamy, że auto bierze się z lokalnych wypożyczalni nie z lotniska. Trafiamy do upiornych wiosek, gdzie tylko albo wiatr hula albo słońce wypaliło wszystko na wiór tudzież wątpliwej reputacji kawalerka łypie na nas spode łba. Mamy po takiej wycieczce monopol na Sycylię poza szlakiem, bocznymi drogami, od kuchni i sami nie wiem jak jeszcze. Od tej chwili myślimy o sobie jako o wybrańcach losu – dane nam było poznać prawdziwą (acz paskudną) Sycylię. Słowem-kluczem jest “prawdziwą” jako przeciwwagę do “turystyczną”. Ta jest tylko dla obciachowców. Liczy się oryginalność, nawet za cenę absurdu. W Marsali udało nam się odwiedzić tylko cmentarz, żeby chociaż ten fenicki – nie zwykły komunalny, ale i tak pierwsi go pokażemy światu. Wypisując krzywdzące pogłoski jakoby największe miasto zachodniego krańca wyspy, ociekające winem i historią nie było warte nawet świeczki.

sycylia
Patryk! Tyle razy ci mówiłam, żeby nie brać z Hertza. Znów nam zablokowali 10 tys. na koncie. Zamek w drzwiach też się zablokował!!!! Fiat 126P na Wyspie Levanzo.

Sycylia: rowerowcy-cykloturyści

Czyli Sycylia kołem się toczy. Czasem na tandemie tachając w sakwach cały dobytek. Gacie wbijają nam się w tyłki. Wywołujemy salwy śmiechu, politowanie lub szczere zainteresowanie miejscowych. Patrz, jacy desperaci! Zachrzaniają pod górę w 40-stopniowym upale! Gwiazdorzymy na MeToubie, nasz partner in crime to baran, który odwala za nas całą czarną robotę i nie domaga się udziału w zyskach.

sycylia
Cykliści trafiają nawet do tak szalonych miejsc jak Wyspy Egadzkie. Favignana rozumiem ale Marettimo? Tam jest może 500m dróg! Za to pochodzić jest gdzie. Chyba, że MTB. Kliknij w image, a szlaki się odezwą.

Sycylia: opływowicze

Opływamy nie tylko w kasę. Wow! Aż sami wyjść z podziwu nie możemy jacy fajni jesteśmy! Śmietanka, creme de la creme wśród podróżników. Sycylię zwiedzamy z jachtu lub żaglówki. Czas upływa nam na opalaniu się. “Tak na goło siedzieć cały dzień, musi być męczące?”. “A żebyś wiedziała!” Właśnie… jak się zmęczymy, zaczynamy jeść coś pysznego, co przygotował kapitan-szef. Czas pomiędzy rejsami spędzamy kolekcjonując szynki, które wędzimy i ogórki, które kisimy. Ktoś musi wykarmić tą wiecznie głodną czeredę! Nachalnie, wszystkimi dostępnymi kanałami rozsyłamy terminy następnych rejsów. Szczujemy wszystkich na FB delfinami pływającymi przy dziobie naszej łajby. Pfff!

sycylia
Może jachtu lub żaglówki nie mamy, ale ponton w zupełności wystarczy by opływać naokoło i dookoła. Na zdjęciu Riserva dello Zingaro.

Sycylia: żony mężów-spec babki

My, krajanki zwietrzyłyśmy pismo nosem i domy naszych sycylijskich mężów przerobiłyśmy na apartamenty na wynajem. Gdy daje się nam jasne info kilka miesięcy wcześniej, że ktoś chętnie wynajmie u nas mieszkanie na tydzień, sromotnie ich olewamy mówiąc “Łeee, za pół roku dużo możne się zmienić, w razie czego prześpisz się u nas”, a zawiedzeni turyści ze spuszczoną głową idą wertować bukinga.

Jak raz stajemy się naturalnie znawczyniami Sycylii. Udzielamy rad i porad. Póki co jeszcze za darmo. Gęsto i często reklamujemy się gdzie popadnie kwiecistym językiem wabiąc nieświadomych potencjalnych wakacjowiczów. Oszukujemy przy tym, że konieczny jest transfer z Palermo do Trapani, choć wszyscy wiemy, że jeździ autobus za 5,60. Nasze funpagi czy fanpeje uginają się od jednych i tych samych zdjęć, gdzie uśmiechnięte z zaokrąglonym brzuszkiem i słomkowym kapeluszu z dumą prezentujemy atrakcje wyspy. Nie dlatego, że nas jakoś specjalnie rajcują. Interes musi się kręcić. Zapytane o to, gdzie zostało zrobione zdjęcie jak kadr z “Błękitnej Laguny” w porywie miłosierdzia dzielimy się wiedzą tajemną i rzucamy zdawkowe “Riserva naturale orientata Bosco della Ficuzza, Rocca Busambra, Bosco del Cappelliere e Gorgo del Drago”. Ciągnięte za język o wskazówki dojazdu zapraszamy serdecznie do naszej nowo otwartej informacji turystycznej po wykupienie wycieczki u nas. Wiemy, że “wszyscy Sycyliomaniacy nasi są, Zosia, Michael, Małgosia, Joo-oo-oo-hn”, ale i tak na wszelki wypadek nie damy sobie od ust odjąć. Gdy jakiś turysta nie wystosuje do nas dziękczynnego emaila, zalewamy się łzami i piszemy wiadomości przez messengera pełne żalu i goryczy. Domagamy się w końcu należnej nam czci i chwały po grób.

Jeśli mamy szczątki ambicji by nie pasożytować na bogatym małżonku i dokładać się do wspólnego budżetu przerabiamy się z absolwentek turystyki na lokalnego przewodnika. Pół-biedy. Gorzej, gdy dopada nas menopauza po iluśnastu latach bytowania stałego na wyspie słońca. Wtedy wykorzystując bezsprzeczny atut w postaci włoskiego drugiego członu nazwiska zamieniamy się w sączącego jad babsztyla, który w wysublimowany sposób atakuje każde zdanie wypowiedziane na temat okołosycylijski przez kogokolwiek pasjonata czy przypadkowego turystę, któremu pomieszały się wyspy na morzu. Nie stać nas na racjonalną ocenę i akceptację cudzego odmiennego zdania. Jesteśmy niezdolne dostrzec nawet oczywistych oczywistości, że zjadacz chleba ma w d… barok i oświeceniowe prądy w architekturze. Nadal robimy z siebie głupka wytykając ludziom błędy i pisząc publicznie grafomańskie komentarze. Nieistotne, że wszystkim na widok tych wypocin odbija się zeszłorocznym bigosem z Wigilii.

Czasem uczymy Sycylijczyków języków obcych i tłumaczymy przysięgle, a nasza obecność w sieci polega na sprytnym łączeniu naszej multijęzykowej elokwencji z promocją miejsca pobytu. Mieszkając w Trapani od ponad 11 lat jakoś nie znaleźliśmy chwili wolnego, żeby przewieźć szlachetne siedzenie do informacji turystycznej po foldery. Zrzynamy słowo po słowie. Nawet struktury postów mamy identyczne. F***ing kopistki średniowieczne! Gdy nam się grozi, że pokrzywdzony urządzi nam piekło, jeśli natychmiast nie usuniemy wpisu lub nie damy linku konkurencji w bibliografii, wypieramy się, zaprzeczamy i odwracamy na pięcie. Przecież jakaś niedzielna podróżniczka z prowincjonalnego miasta w zachodniej Ukrainie nie ma praktycznie żadnych realnych możliwości dochodzenia sprawiedliwości. I gotchaya!

Czasem rozszerzamy działalność gospodarczą i jeździmy po targach turystycznych i reklamujemy się sprzedając zjełczałą oliwę i podwiędnięte czerwone pomarańcze.

sycylia
Obecność na niektórych grupach italofilskich staje się z czasem nie do wytrzymania. Ze wszystkich stron wyją ogłoszenia parafialne o wynajmach, kupnie wycieczek etc. Organizujcie “sami, (ale z nami)” brzmi odpowiedź.

Sycylia: spacerowicze spod gruszy

sycylia
Nie łaska wejść na buking i poszukać?

Modne ostatnio spędy rodzinno-przyjacielskie pod gruszą (ooops, drzewem oliwnym raczej) odkąd Ryanair i Wizzair uczynili Sycylię dostępną dla mas robotniczych. Napawamy się sycylijską prowincją z chawiry z widokiem na wulkan lub morze zagryzając kulinarne specjały, które sami przyrządziliśmy kupiwszy uprzednio produkty prze-ekologiczne na pobliskim mercato. Bąblowe mamy i taty uspokojone bo pociechy nareszcie zajęły się sobą, pies wdzięcznie pląsa w trawie, a my mamy dużo czasu na wymianę korpo-plotek. Gdy brzuchy pełne, a dzieciarnia zaczyna się najwyraźniej nawzajem zabijać, wstajemy spod gruszy, pakujemy dzieci do wózków i gromadnie idziemy promienadą do najbliżej wioski, a potem mniemamy, że odkryliśmy najbardziej nieodkryty zakątek nieodkrytej Sycylii i jesteśmy z siebie dumni. Najarani wakacjami na wyspie słońca polecamy radośnie miejscówkę takim samym jak my korposzczurom. Podczas niedzielnego obiadu po powrocie, zapytani przez dalszą rodzinę, gdzie byliśmy konkretnie, nie potrafimy podać żadnej nazwy. Wszystkie niezbędne info dostaliśmy przecież podane na tacy jako, że od tego wszak są wszystkie grupy italofilskie. Stworzone by nas wyręczać. Wielgie Panie Administratorki owych notorycznie upominają nas użytkowników by nie zapominać o hasztagach. Ich aktywność na grupie sprowadza się do podrzucania linków do postów-odgrzewanych kotletów sprzed lat.

Sycylia: enoturyści i turyści kulinarni

Jesteśmy burakami, wina nie pijamy jako nacja, co wcale nam nie przeszkadza podróżować szlakiem winnym od jednej do drugiej cantine i udawać keeperów z dziada pradziada. Sączymy kieliszek wina za 100 euro za butelkę i kiedy zacny trunek zalewa nasze kubki smakowe mamy poczucie bycia lepszym (od innych) człowiekiem. Zlecamy winiarzowi wysłanie zakupionych butelek do Polski ponieważ poskąpiliśmy hajsu żeby nadać bagaż rejestrowany. Przez analogię, wcinając piątą tego dnia granitę, tym razem o smaku opuncji figowej, mamy przemożne wrażenie, że razem z orzeźwiającą jej słodyczą wchłaniamy bogactwo sycylijskiej historii. A oldskulowe antyczne ruiny odwiedzić i zakurzone plakietki w gablotach w muzeum poczytać to pies?

Bywamy zapraszani (za sowita opłatą) na uroczystą sycylijską kolację do polsko-sycylijskiej „rodziny”, gdzie pan domu na oczach gości (jakiś fetysz?) gotuje, a pani domu gości zabawia w atmosferze domowej sielanki. “Ty, ten facet obok chyba wepchnął się przed nas w kolejkę do odprawy bezpieczeństwa, cham niemyty!”. A były zapewnienia, że będzie po rodzinnemu, beeee.

Jesteśmy, nie wiadomo skąd fanatycznymi miłośnikami włoskiej kuchni wbrew temu, że po pizzy mamy gazy, a gluten z pasta alla norma i calzone dziurawi nam jelita jak złoto. Do naszej świadomości powoli zaczyna docierać fakt, że oliwa z oliwek może nie być najzdrowszym tłuszczem roślinnym. Ale i tak działa u nas mechanizm zaprzeczenia, i nadal serwujemy sobie imbalans omegi-3 i 6 lejąc hektolitry oliwy na patelnię i do sałatki. Nadal zachwycamy się, że kuchnia śródziemnomorska jest najlepszą dietą jaką ludzkość wymyśliła, a smak kalmarów jest cuudowny. Nikogo nie obchodzi zupełnie, że wody Śródziemnomorza to syf, kiła i mogiła. Zupełnie nie wiemy skąd u nas ta bezrefleksyjna miłość do jedzenia spoza naszego kręgu kulturowego. Bo co? Jakiś dochtore tak powiedział? Dobre, bo włoskie. Taaaa… Poza tym, mamy wrażenie, że próbowanie lokalnej kuchni może spełniać naszą, skądinąd naturalną potrzebę odkrywania i nowych, silnych bodźców ze środowiska.

sycylia
W domu pijamy Kadarkę z Aldika, ale uważamy się za znawców. Cantina Donnafugata/Marsala.

Sycylia: bakpakiery

Sycylijski hardcore czyli śpimy tam, gdzie akurat nam wypadło łamiąc prawo przy tym lub w ostateczności na jednym z nielicznych campingów. Podążamy szlakami, których nie ma na żadnej mapie. Te, o które rząd lokalny nie dba od dziesięcioleci już dawno poszły z dymem sycylijskich pożarów. Jesteśmy odważni i wytrwali, Sycylia hipisom z plecakami jak my nie sprzyja wyraźnie. Jesteśmy obiektem drwin, że jak to? Stać nas Sycylię, a nosimy na plerach prowiant i jemy żarcie z puszki przywiezione z Polski? We Włoszech, światowej mekce kulinarnej? A idź profanie i wtranżol gulasz angielski Zakładów Mięsnych Szubryt. Za nic w świecie nie zejdziemy do żadnej turystycznej miejscowości, by nas nie posądzili o płynięcie z prądem. Za żadne skarby nikt nas nie przekona, że czasem może jednak warto zakosztować tego sycylijskiego dolce vita, otrzepać kurz bitewny z traperów, wsunąć świeże jeansy, a T-shirta odwrócić na tą bielszą, czystszą stronę i pójść do rasowego restauranta. Dziadek-właściciel na pewno się ucieszy, że diengi leco od backpackerów, choć to gatunek człowieka dla Sycylijczyka co najmniej podejrzany.

sycylia
Backpacker za Chiny Ludowe nie zejdzie do miasta ze szlaku (fot. Gosia W.) Ten kroczy szlakami Monte Cofano (kliknij w obrazek).

Sycylia: kanapowcy

Z ang. couchserfers. Jesteśmy, przynajmniej jak do tej pory, marginesem. Śpimy u kogoś kątem, na przykład na tytułowej kanapie. Liczymy na darmowy posiłek i że nas gospodarz oprowadzi po mieście. Całą Sycylię, która już dawno przestała być tania, chcemy zjechać za 50 zł, a jak braknie podajemy numer konta i obiecujemy pocztówkę.

Sycylia: kolekcjonerzy miejsc

Im więcej zanim umrzemy, tym lepiej. Tak ze 101 przed 50tką będzie git. Idziemy w ilość, nie jakość. Lecimy tam, gdzie akurat uda nam się kupić tanie bilety. Ponieważ nawet my uważamy, że nie da się zobaczyć wszystkiego szczególnie interesują nas punkty widokowe, wieże panoramiczne etcetera, etcetera. Tutaj chwila wyjaśnienia. Norweskiemu poszarpanemu wybrzeżu wynajmowanym samochodem dajemy radę w 2 dni. Bułka z masłem. Cyk fotka i jazda dalej. Po prawdzie Sycylia jest dla nas trochę w sumie za mała. Dopiero południe, jeszcze ze cztery belvedere dałoby radę obskoczyć, a tu wyspa się była skończyła. Traktujemy ją zatem jako przedsmak czegoś większego. Złościmy się, gdy konkurencja z blogoświatka cichaczem obrabia nam tyłki krytykując, że jedyna znana nam zasada kompozycji zdjęcia to dwupodział – tj. dół gęby, góra widoki. Teleskopowy selfiestick rządzi.

Sycylia: influenserki podróżniczo-lifestylowe

Zakładamy, że naszym głównym zadaniem jest mieć wpływ jak nazwa wskazuje. By inni też nosili czerwone podkoszulki. W zasadzie należy przyznać, że Sycylię traktujemy jako pretekst, by z nazwy naszego pożal się Boże zawodu nie zniknął przymiotnik “podróżnicze”. Nie jesteśmy pewne czy można być jedynie influenserkami lifestylowymi. Najwyraźniej to musi iść w parze. Nasz wizerunek w mediach społecznościowych powinien być spójny ale różnorodny. Dlatego czerwony podkoszulek renomowanej firmy musimy mieć na zdjęciu w jaskini lawowej jak i na Piazza Duomo czy umoczony w słonej wodzie morskiej. Wtedy po nałożeniu filtra Perpetua na Instagramie otrzymujemy do kolekcji milionowe zdjęcie tego samego podkoszulka. Serduszka się sypią, sponsorzy zacierają ręce. Kupiłyśmy pakiet kilku tysięcy fejkowych followersów na Allegro za kilka koła, zwiedzamy Sycylię czy inną Ylię i nie mamy bladego nawet pojęcia gdzie jesteśmy. Nieodzownie prowadzimy bloga polegającego na wyliczankach z Wikipedii i portali turystycznych. Ukraszamy go ujęciami naszych twarzy i tego samego podkoszulka. Widać tylko kawałek trąby I’Liotru słonika, ukochanego symbolu katańczyków. Pół internetu zastanawia się bez końca czy to ciągle ten sam podkoszulek czy mamy kilka czerwonych od sponsora na podmiankę.

Sycylia: #wędrującedziewczyny

Dla niezorientowanych z ang. wandergirls, a to od niem. “wandern” włóczyć się, “lust” zamiłowanie, pragnienie. Daje to dziewczyny kochające podroże. Brzmi banalnie, ale żeby dodać sobie ważności co drugie nic nieznaczące słowo kluczowe w naszych instagramowych wpisach poprzedzamy hashtagiem licząc na to, że jakaś gruba ryba przeglądająca kolekcję hashtagów nas zauważy. My, #wandergirls odczuwamy #wanderlust, zatem podróżujemy do #amazingsicily by dotrzeć do #speechlessplaces i spotkać inne #fellowwandergirls, które są #asdumbasawoodenindian. Na zarzut, że nie wiemy, gdzie jesteśmy mówimy #Imnotlost. A potem #wegetlost do innej #beautifuldestination.

Nam już w ogóle nie kaman o podróże, są tylko dodatkiem do… lansu? Parcia na szkło? Kompensacji deficytu uwagi w dzieciństwie? Poszukiwań własnej tożsamości albo sensu życia? Hm, nasze motywacje są dużo bardziej przyziemne. Mamy cichą nadzieję, że jakiś hotel zauważy naszą ładną twarzyczkę i poprosi byśmy reklamowały ich za kasę lub darmowy nocleg (raczej to drugie, zdajemy sobie sprawę, że takich łosic jak my jest na pęczki). Może sprezentują drona Mavic Pro celem promocji. Jazda na zmywak zarobić!

sycylia
Wpisy wędrujących dziewczyn. Ktoś podpowie co to blondesandcookies?

Sycylia: jednodniowcy

Wybieramy bazę jako trampolinę, odbijamy się, latamy jak kot z pęcherzem cały dzień i z precyzją bumerangu wracamy przytulić głowę do poduszki. Z samochodem czy bez, walczymy z przeciwnościami losu w postaci notorycznego braku miejsc parkingowych, mandatami, autobusami-widmami, pozamykanymi zabytkami, a wszystko to pod ogromną presją czasu. Jesteśmy typem “radosnych idiotów”, którzy robią zdjęcie każdemu napotkanemu na drodze budynkowi. Wracamy ukontentowani z pełną kartą zdjęć na aparacie i totalnym mętlikiem w głowie. Wspomnienia mijającego dnia migają szybko w umyśle jak slajdy w camera obscura. Muzea i kościoły jakoś przedziwnie zlewają się w jedno. Zrzucając focie na kompa ze zdumieniem odkrywamy, że lecieliśmy na automacie nie wykorzystując możliwości sprzętu. Usprawiedliwiamy się, że z tak napiętym planem dnia jaka to oszczędność czasu niż bawić się w manuale, gdy tyle piazze, chiese, torri przed nami! Wystawiamy się przy tym na pośmiewisko zaprzyjaźnionych blogerów tudzież rodziny, gdy nam się noga podwinie i nieopatrznie przyznamy się do błędu logistycznego. To zawsze oni, a nie my mają patent na wszystko łącznie z time-managementem, bo byli na sycyliadzie o raz więcej niż my. Trza było uprzedzić o wyjeździe i skorzystać z ich dogłębnej wiedzy, my głuptaski!

Sycylia: madki-Polki 500+

Wpadamy ze skrajności w skrajność. Zabieramy czteromiesięczne niemowlę na 2500 m n.p.m do Crateri Silvestri na Etnie bez żadnych skrupułów, po czym pytamy na forach czy w San Vito Lo Capo oby nie ma schodka jakiegoś, który utrudnił by wjazd spacerówką na niebiańską plażę. Jesteśmy z tych co albo sobie albo światu udowadniają, że dziecko podróżujące od szkraba dostaje tyle pozytywnych bodźców, że nieuchronnie wyrasta z niego człowiek mądry, świadomy, otwarty na świat i ludzi. Zapominamy tylko doczytać na którymś z blogów parentnigowych, że na wysokości 10 000 m n.p.m fundujemy mu gigantyczny ból uszu, gdyż błona bębenkowa jest jeszcze bardzo delikatna. I nie! Płacze nie dlatego, że przestraszyło się pani z miejsca 81F w samolocie. Upominane przez pasażerów i załogę “żeby pani może zapanowała nad ryczącym synkiem” obruszamy się, że reszta to hołota, a my, madki-Polki powinnyśmy móc zawsze mieć prawo do szczególnego traktowania. Czujemy się zazwyczaj swobodnie – dziecko to nasze usprawiedliwienie, alibi i karta przetargowa. Poza tym, autolans na bachora jest ciągle w modzie. Podróżujemy tanimi liniami w towarzystwie naszych konkubentów/ mężów/ partnerów/ chłopaków, których jedynym marzeniem jest pchać ten cholerny wózek przez sycylijską pustynię Kalahari. Z gruntu, interesują nas tylko plaże, Etnalandy, zoo i place zabaw, bo czasem nawet i my mamy serce: litujemy się nad naszymi dzielnymi partnerami i odpuszczamy im wnoszenie wózka do kraterów centralnych Etny czy na Monte Fossa delle Felci na Salinie.

sycylia
Czesław, przestaniesz się guzdrać z tym wózkiem czy nie? (w wózku trzecie, którego ojcem tym razem jest rzeczony Czesław).

Sycylia: logistycy-planiści

Każdą naszą podróż mamy zaplanowaną idealnie. Noclegi jak najbliżej dworców, ich ilość dokładnie odpowiada ilości czasu, jaki chcemy poświecić jakiemuś miejscu. Jesteśmy bez samochodu, polegamy tylko na masowym transporcie i własnych zdolnościach przewidywania. Wybieramy tylko miejsca, gdzie da się dotrzeć autobusem kursowym, typu hop on/off czy pociągiem. Przesuwamy się z precyzją szwajcarskiego zegarka do kolejnego punktu programu. Na zaś posprawdzaliśmy orari di apertura wszystkich atrakcji, a gdy okazuje się, że miało być czynne do 13 a zamknęli o 12 (kustosz poszedł na sjestę) nasz misterny plan się wali jak piramida z kart. Wszystko dopracowane od A do Z, a tu taka wtopa! Nie stać nas absolutnie na krztę spontaniczności. Przypominamy roboty zaprogramowane by zwiedzać.

Sycylia: blogerzy-pasjonaci

Jesteśmy strasznie ambitni. Ze względu na dobór odwiedzanych miejsc, styl pisania i budowę postów. Przeżywamy dużo trudności w znalezieniu info na interesujący nas temat, bo net, przewodniki, fora i grupy kotłują się od mainstreamu. A my chcemy przecież zaimponować i wybrać coś lepszego. Jakimś cudem wygrzebaliśmy coś po włosku i Google Tłumacz poszedł w ruch. Wychodzą wpisy encyklopedyczne. Może i widać w tym naszą pasję, ale nie bójmy się tego powiedzieć – tego nikt nie przeczyta. Może jakiś promil procenta. Nawet jeśli ludziom podoba się nasza twórczość są przytłoczeni ciężarem informacji: “O rany!!!! Czy to jest praca doktorska? Ale się naczytałam. Zapamiętałam tylko “Otchłań czyśćcowa” i “Ściana, która nigdy nie śpi”. Czytanie nas przydaje się tylko wtedy, jeśli sami planujemy się tam wybrać. Od wszystkich innych typów różnimy się tym, że przynajmniej w teorii chcemy pisać dla pisania, nie tylko, żeby reklamować swój biznes (info point, wypożyczalnię, korepetycje). Ale jak każdy człowiek, chcemy zrobić sobie dobrze i żeby jakaś kaska jednak płynęła z tego pisarstwa. Przeżywamy wieczną rozterkę: podróżować by pisać, czy pisać by podróżować. Pierwotnie od zawsze lubiliśmy zaglądać za horyzont, ale era taniego podróżowania się dawno skończyła, więc pojawił się pomysł pisania dla zarobku. Zdajemy sobie sprawę w utopijność tego marzenia – wiele lat pisania uwidoczniło nam boleśnie, że dbałość o czytelnika i wspinanie się na wyżyny SEO nie gwarantują sukcesu. Jesteśmy sfrustrowani więc tłumaczymy sobie, że przecież i tak Sycylia jest dla nas najważniejsza, a tworzenie tylko ubocznym bonusem. Ale i tak spędzamy bezsenne noce i ranki wybierając najlepsze zdjęcia, obmyślając mocne słowa kluczowe i wgrywając kolejną wtyczkę. Usilne zabiegi mają sprawiać, by nasz blog wyskoczył wysoko w Googlu. Tylko tak mamy jakąkolwiek szansę na pozyskanie unikalnych czytelników i bycie zauważonymi. Ale piszemy o rzeczach niepopularnych, więc przestaliśmy się łudzić.

Nasza psyche na mocy zaprzeczenia popycha nas do rzeczy żałosnej: musimy się zbratać, z takimi jak my. Łączymy się zatem w stada takich samych jak my blogofrustratów tworząc liczne grupy wsparcia – budujemy szczęśliwą społeczność, która w założeniu ma nam pomóc rozhulać statystyki. Większość z nas jest fair, odrabia pańszczyznę na grupie komentując 3 lub 5 wpisów przed nami, ale tak po prawdzie robimy to, o co sami się złościmy – dajemy możliwie jak najbardziej zdawkowe comments omiótłszy zaledwie wzrokiem post sąsiada. W ogóle nas nie zainteresował, inna branża, a stopień specjalizacji jaki ma miejsce nas zadziwia. Gdy zaczynamy wyraźnie pasożytować na innych i nie stać nas pod postem napisać “Ok wpis”, jesteśmy wyrzucani. Do świadomości dochodzi, że obojętnie czy się zarzynamy komentując innych czy olewamy, na niewiele to się zdaje.

Czasem z premedytacją, celowo i miarowo wydajemy tysiące złociszy, by copywriter ze znajomością socjotechnik korygował nam teksty, a spec od SEO optymalizował nasze frazy. To jest dokładnie ten moment, gdy pisanie by podróżować wygrywa nad odwrotnością. Ale to nam można jeszcze wybaczyć.

Przeżywamy niepokój, gdy pewien serwis ogłasza ranking najlepszych polskich blogów podróżniczych. Odkrywamy, ze na 500 sklasyfikowanych blogów zajęliśmy 157 miejsce. I cieszymy się. Oj, jak my się cieszymy. Ogłaszamy to wszem i wobec. Zdajemy sobie sprawę, że pozycja wcale nie jest taka wysoka, ale i tak racjonalizujemy – przecież i tak w tym roku średnio przykładaliśmy się. Nasz wynik i tak jest dobry! Albo jesteśmy tacy naiwni albo faktycznie nie wiemy, że ów ranking opiera się na gęstości słów kluczowych w topowych kategoriach. Naszego bloga wywindowała fraza SYCYLIA POGODA. Żeby nasz blog był o Sycylii albo chociaż o pogodzie. Jest o wszystkim, zatem o niczym. O niczym w detalu i merytorycznie nie piszemy w zasadzie. Jeździmy to tu to tam, tam i z powrotem, od Koziej Wólki za Zadupnem Mniejszym obok Kolonii Pipidówka po Wyspy Zielonego Przylądka. Zahaczyliśmy o Sycylię. Plus może mamy kilka wpisów poradnikowych jak przygotować się na wyprawę z uwzględnieniem zjawisk pogodowych. Ludzie przypadkowo klikali na nas sprawdzając pogodę na Sycylii. Raczej nie dlatego, że mamy merytorycznego bloga sycylijskiego, na którego ludzie wchodzą bo nas znają, bo wiedzą, że jest co poczytać, że info będą z pierwszej ręki czytaj wiarygodne, a nie wymyślone lub podyktowane przez organizację turystyczną. Rzeczony ranking polega na tym, że jakiemuś panu zgłasza się bloga, ten wrzuca go w pewne narzędzie, pan potem odpala arkusz kalkulacyjny i jest. Wielce miarodajny ranking!! Mierzy tylko zagęszczenie fraz kluczowych, więc gdy pół wojska robi nam bloga, rzecz jasna będziemy wysoko.

sycylia
Komentarze pod rankingiem “Best Polish travelblogs 2018” czyli gorzkie żale i litania uwag naiwniaków jak my. Podajemy URL naszego bloga-dziecka, żeby ludzie z kliki przypadkiem o nas nie zapomnieli w przyszłości. Czasem węszymy przekręt jak drugi komentator.

Sycylia: blogerzy-kukiełki/pacynki/marionetki

Dawno, dawno temu byliśmy ludźmi z pasją. Buzowała nam krew w żyłach. Zew przygody wzywał, więc braliśmy rower albo plecak, a świat stał przed nami otworem. Przeżywaliśmy przygody. Opisywaliśmy je potem na blogu. Potem dorwała nas ciocia-komercha i wujek-kapitalizm. Stoi za nami armia ludzi, chodzą plotki, że nawet 200 osób. Z naszych blogów zrobiliśmy maszynkę do zarabiania pieniędzy. Zredukowaliśmy nas do roli marionetek niczym z sycylijskiego opera dei puppi. Wydaje nam się, że pociągamy za sznurki, a po prawdzie jesteśmy na usługach: wszelkiego typu organizacji turystycznych, producentów sprzętu, hotelarzy itd, a gdy chcemy pojechać do Gangi, nasi dobroczyńcy grożą, że wycofają się z umowy. Czemuż to? Teraz na topie jest Petralia Soprana. Teraz trzeba tam jeździć. Teraz tam turyzm masowy upatruje źródła dochodu.

Blogi wyglądają jakby spadły z taśmy produkcyjnej. Wszystkie na jedno kopyto. Piszemy lub zlecamy napisanie kolejnego topu, rankingu, zestawienia np. “Taormina: gdzie nażreć się jak świnia za grosze i nie zwymiotować. Ranking 10 najlepszych miejsc”. To najbardziej chodliwy temat i format. Trafia w nasze najniższe instynkty jako gatunku: najeść się i wydać przy tym jak najmniej ojro. W Taorminie? Tam nawet oryginalnego sycylijskiego jedzenia nie ma! Co najwyżej pizza z frytkami. I będzie najdroższa jaką jadłeś. Ale i tak przekonujemy, że warto, dając wszystko wypunktowane na tacy. Podejrzewają konkurenci, że mamy układ z którąś restauracją i bierzemy.

W skrajnych przypadkach, ale wcale nie rzadkich robimy z siebie imbecyla. Naszych naiwnych czytelników urabiamy jak się da. Każemy im łożyć na nas na Patronite. Sprzedajemy im jakaś bajkę w stylu, że aparat wpadł nam do Alcantary i nie mamy na nowy. Albo doimy z nich złocisze, żeby zapłacić za hosting.

Pod płaszczykiem dobroczynności zbieramy pieniądze dla jakiegoś biednego napotkanego Sycylijczyka i jego rodziny przymierającej głodem. Z nadzieją, że poprawi swój los, żywiciel zamienił izbę na miejsce do spania dla podróżnych rządnych przygód. Organizuje też wycieczki na grzbiecie osiołka. Udaje nam się przemówić do wyższych instynktów naszych czytelników i zebrać naprawdę dużą kwotę. Filmujemy lub rzetelnie opisujemy moment przekazania funduszy, podkreślając, że wszystko odbywa się w majestacie prawa. Konsultowaliśmy z prawnikami, żeby przypadkiem panu nie odebrano kasy lub by nie musiał płacić gigantycznego podatku od darowizny. W gruncie rzeczy nikt nie wie ile z zebranych pieniędzy odpaliliśmy sobie, ile prawnikowi. I najważniejsze: ile dostał Pan Osiołek. Wszystkiego na filmie nie widać. Nie pokazaliśmy żadnych namacalnych dowodów. Gdyby przemawiało przez nas jedynie dobre serce, nie robilibyśmy medialnego cyrku. Zebralibyśmy pieniążki, rozliczylibyśmy się z kim trzeba i cześć pieśni. Tymczasem wszystko odbywa się w świetle jupiterów. Pragnienie czynienia dobrych uczynków zostaje zaspokojone, wyrzuty sumienia na chwilę zagłuszone. Tytułujemy się dożywotnim ambasadorem Pana Osiołka, a nasza wspaniałomyślność staje się wprost legendarna. Czyżby przypadkiem od samego początku o to nam nie chodziło?

A jaki jest Wasz styl podróżowania? Ja jestem jednodniowcem, logistykiem-planistą i blogerem-pasjonatem w jednym.